2

18 marca 2009 jechałam samochodem do Legnicy. Jak zawsze jechałam bardzo szybko. I jeb! Złapał mnie radar. Niedobrze. Kolekcję punktów karnych miałam już całkiem sporą. Ale nic, nie pierwszy, nie ostatni raz.
Pogoda była piękna, mogłam myśleć o czymkolwiek, na przykład o wakacjach w Rio de Janeiro. Ale przyszło mi do głowy coś zupełnie innego.
„Gdyby mnie teraz zamknęli, powiedzmy na jakiś rok, wyzerowałyby mi się wszystkie punkty. I miałabym czyste konto!”, pomyślałam sobie. I zaraz: „No co ja pierdolę. Czemu mieliby mnie zamknąć?”.
No i kurwa! Zamknęli mnie następnego dnia. I tak dopadło mnie moje przeznaczenie.

Nienawidzę dziewiątek. Przynoszą mi pecha. W 2009 mnie zamknęli, w 2019 miałam wypadek, w którym połamałam nogi, numer 9 miał pokój prokuratorki, w którym przyjęła mnie, żeby przedstawić zarzuty. Nawet wczoraj miałam zły dzień, bo to był 9. Nie muszę chyba dodawać, że zamknęli mnie 19…

Tego dnia również miałam jechać w interesach do Legnicy, ale mi się nie spieszyło. Na spotkanie odwaliłam się, jak zawsze – szpilki,
futro, bajery, ale najpierw wybrałam się do klubu. Usiadłam na chwilę przy maszynie. Tylko że ta chwila trwała cholernie długo.
Przy maszynie potrafiłam spędzić naprawdę mnóstwo czasu. Wtedy też tak było. Wpieprzyłam w to pudło piętnaście albo i dwadzieścia tysięcy. I ciągle nie miałam dość. Gdybym wiedziała, ile naprawdę będzie mnie to kosztowało, natychmiast pojechałabym do Legnicy…
Miałam tam być na osiemnastą. Nie wyszło. O dziewiętnastej ciągle siedziałam przy maszynie. Przed dwudziestą, kiedy wciąż cięłam w tę kurwę, zaczął do mnie dzwonić kumpel, z którym się umówiłam.
„Nie mogę wyjść w tej chwili, mam dobrego frajera w klubie, czekajcie na mnie, niedługo będę”, kłamałam.
„Ściemniasz, Dagmara, na pewno grasz w maszynę”, usłyszałam w telefonie. „Ja? A skąd! Mam sprawę, zaraz jadę” i dawaj jeszcze raz. To pudło mi żyć nie dawało.
W końcu zżarło mi dwadzieścia osiem tysięcy i nie chciało dać ani grosza. Byłam naprawdę wkurwiona. Odezwał się we mnie prawdziwy hazardzista, taki co będzie grać do ostatniej koszuli – w moim przypadku do ostatniego kawałka futra. To było silniejsze ode mnie. Nie mogę odejść, bo może następnym razem trafię. Jeszcze raz, jeszcze jeden, wrzucam i wrzucam, a ona nie daje i nie daje. Jakby się uwzięła. Nic nie chce dać, a wszystko, co już dała, zabrała. Dziwka blaszana.

Właściwie to był dzień jak co dzień. Nic nadzwyczajnego. W klubie było przyjemnie, muzyka, dziewczyny się uśmiechają, faceci siedzą zadowoleni, alkohol się leje. Ameryka.

W moim klubie drzwi były zawsze otwarte. Żadnych judaszy, haseł, tajnych dzwonków jak w burdelach. Wielkie, przeszklone drzwi z jednej i z drugiej strony, z ozdobnymi szprosami. Wszystko na widoku. Ale nawet gdyby w ogóle nie było tam drzwi i tak bym ich nie zobaczyła. Siedziałam z oczami wlepionymi w maszynę, a dokładniej w trzy maszyny. Bo grałam jednocześnie na trzech. W dwie wetknęłam wykałaczki, żeby chodziły cały czas i żebym nie musiała się nimi zajmować. Na jednej, tej z piramidami, bo jak wiadomo – kocham starożytny Egipt, byłam skupiona najbardziej. Kiedy otworzyły się drzwi, nawet nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero jak usłyszałam: „Centralne Biuro Śledcze. Wszyscy zostają na swoich miejscach”, dotarło do mnie, co się właśnie dzieje.

Wpadło ich tam mnóstwo. W mundurach moro, hełmach, z długą bronią, jakby się na wojnę wybierali, a nie do burdelu. Nie wiem, co spodziewali się tam zastać, ale zastali tylko nas – barmankę, dziewczyny, parę osób z obsługi i przerażonych frajerów, którzy przyszli się zabawić, a nie statystować w kryminalnym thrillerze.